951

Otrząśniecie się zajęło mi tydzień, tyle ile trwał mój okres. Wrócił po trzech miesiącach wraz z tym jak przestałam jeździć rowerem. Moje trzymiesięczne napięcie przedmiesiączkowe zbiegło się z telefonem z Zakopanego i wybuchem agresji w domu, co sprawia, że z perspektywy czasu, z dala od tych dni, które należą już do przeszłości, zastanawiam się, czy na moją negatywną decyzje wpłynął nieszczęśliwy zbieg okoliczności. Wszystko ze mnie uszło wraz z krwią. Hormony odpuściły i w końcu jestem lżejsza bez tego nadmiaru wody w organizmie. Nagle wydaje mi się, że mogłabym zagrać tę recepcjonistkę. Wydaje mi się, bo naprawdę nie mam zamiaru unieszczęśliwić się w ten sposób, jeszcze nie, więc zastanawiam się, kiedy mój upór zmaleje i stanę się taka malutka, że z biedy pójdę gdziekolwiek. Nie wiem, czy pogodziłam się z tym, że tu zostaję. Pewnie gdybym miała być szczera, gdzieś płacze we mnie dziecko, ale patrząc na to, że bez pieniędzy nie mam szans na wyprowadzkę, których od maja zostało niewiele, nie mam za bardzo wyjścia. Zostaję i szukam zajęcia w okolicy, aby znowu odłożyć trochę pieniędzy i rozmyślać o innym życiu. Ten rok miał być inny, po tych wszystkich latach uwierzyłam, że w końcu mogę, tymczasem zostało trochę trzy miesiące, a już wiem, że nic się nie zmieni, zaś ostatni dzień roku spędzę tak jak zawsze, sama z pasmem porażek, choć przez ostatnie dwa lata w tym czasie chorowałam więc wszystko było mi obojętne, tak niedobrze się czułam. Wracając jednak do czasu teraźniejszego, podjęte przeze mnie próby na razie nie przyniosły efektów, choć udałam się osobiście do potencjalnych miejsc pracy. Poczekam jeszcze kilka dni i znowu wymyślę sobie inną pracą, choć mam niewiele opcji i prawdopodobnie niedługo zaliczkę kolejny “mental breakdown”, po którym będę z trudem wstawać z łóżka. Wrzesień mija mi jak jeden dziwny dzień, który zaraz się skończy. Prawdopodobnie wszyscy zauważyli już, że oficjalnie zaczęła się jesień, choć zimno jest już od dawna, w naszym mieszkaniu także, przez co trwa w permanentnym stanie chłodu i nieustannie wlewam w siebie ciepłe napoje, aby rozgrzać się na chwilę. Mimo to któregoś dnia było bezdeszczowo i wsiadłam nawet na rower, co poprawiło mi nastrój. Wysiłek fizyczny i głupkowaty, w jak najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu, koreański program rozrywkowy to dla mnie ukojenie. Od ćwiczeń i śmiechu krąży we mnie hormon szczęścia i wtedy mogę siebie okłamywać, że wszystko jest w porządku, nic się nie dzieje i właściwie jestem całkiem normalna.

Opublikowano personal | Skomentuj

950. I wish I could turn back the time, and I wish I wouldn’t cry every night.

Po prawie dwóch tygodniach zadzwonił telefon. Na ekranie wyświetlił się nieznajomy numer, który w normalnych okolicznościach zostałby przeze mnie zignorowany. Tym razem musiałam odebrać, bo przecież ktoś miał oddzwonić. Myślałam, że przepadło, a gdy odebrałam, miałam wrażenie, że zemdleję ze stresu. Nie musiałam podjąć decyzji od razu, ale byłam rozczarowana już samym sposobem przeprowadzenia ze mną rozmowy. Żadnych pytań czy nadal jestem zainteresowana, brak informacji o ilości etapów do przejścia, nic, tylko cisza, po mojej stronie i po drugiej stronie słuchawki. Dwa miesiące ciągłej pracy przerywane dwutygodniowym powrotem do domu w zamian za zakwaterowanie (z innymi w pokoju), wyżywienie i wypłatę. Niestety, recepcja to miejsce, gdzie zbiegają się moje wszystkie zahamowania, lęki i stres. Wysyłając CV do jednego z zakopiańskich ośrodków wczasowych, liczyłam na pracę gdzieś na zapleczach, nie na widoku. Miałam zadzwonić, jeśli będę zdecydowana, ale tego nie zrobiłam. Może nawet nie pokonałabym tych dwudziestu osób, które razem ze mną ubiegały się o pracę. Bardzo możliwe, że przekreśliłam swoją wielką szansę na wyrwanie się stąd, ale jaki jest sens rezygnować z własnego łóżka na rzecz pokoju, może nawet koedukacyjnego, i pracy, która zniszczyłaby mnie dość szybko. Pewnie po tych dwóch miesiącach, jadąc do domu na dwa tygodnie urlopu, nic nie byłoby w stanie zmusić mnie do powrotu. Prawda jest jednak taka, że gdybym MUSIAŁA wytrzymać w takiej pracy, zrobiłabym to, grałabym wzorową recepcjonistkę uśmiechając się miło, podczas, gdy w środku umierałabym po trochu, a moje serce waliłoby jak szalone na widok każdego turysty i to nie z powodu motylków w brzuchu. Niestety, nie wyrzucili mnie jeszcze z domu, nie mam długów i mam trochę oszczędności na jedzenie i środki higieny. Oczywiście jako dorosły człowiek miewam te przebłyski świadomości, że nie tak powinna wyglądać moja dwudziestosiedmioletnia egzystencja i jedyne co mi pozostaje to wielki wstyd. Powinnam robić teraz to, co zawsze chciałam, czyli mieć stabilną pracę, własny dom, gdzie zapraszałabym wszystkich znajomych na sobotnie imprezy czy niedzielne obiady, ale przede wszystkim powinnam już być silną i niezależną kobietą, która co miesiąc wspomaga finansową swoją matkę w podzięce za wszystkie lata. Tymczasem jestem dzieckiem zamkniętym w dorosłym ciele, które błądzi jak we mgle. Za to jestem na tyle dorosła (inteligentna?), aby mieć świadomość tego, co jest ze mną nie tak i że normalni ludzie z takimi problemami idą na terapię. To okropne mieć świadomość, że latami walczysz o to, aby być normalną i gdy myślisz, że wszystko idzie w dobrym kierunku, nagle okazuje się, że jednak jesteś tak słaba, że zwykła codzienność cię przerasta i brak pracy nagle określa cię kim jesteś, czyli nikim, co sprawia, że wszystko wali się jak domek z kart. Niby jesteś na tyle inteligentną osobą, że wiesz, że głupio tak myśleć, z drugiej nie potrafisz myśleć inaczej, jakby coś w twoim mózgu było poprzestawiane. Panikujesz, bo nie potrafisz znaleźć pracy, boisz się nawet wysłać CV, boisz się podjąć jakąkolwiek decyzję, bo od dwunastu lat nie podjęłaś żadnej dobrej.

Zastanawiam się, czy to w ogóle możliwe, że we wszystkich kluczowych momentach podjęłam złe decyzje? Wszystko co miało mnie ratować było tylko chwilowym zatrzymaniem tego, co sprawiało, że miałam już dość, stąd wychodzi na to, że nadal mam dość. Nie jest to jednak zbuntowane “dość”, takie z przytupem, jest to zmęczone i wymemłane “dość”. Sama zapędziłam się w kozi róg. Może mój wpis byłby całkiem inny, gdybym stawiła czoła Zakopanemu. Zrobiłabym z siebie bohaterkę roku, opowiadając te cudowne historie w stylu kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. Wiem, że nie jestem w stanie przewidzieć, jak naprawdę byłoby mi w polskich górach, które widziałabym głównie zza okna (bo przecież pojechałabym tam do pracy a nie na wycieczki), i to źle, że nawet nie spróbowałam, ale znam siebie na tyle, aby wiedzieć, że prędzej bym uciekła. Praca była całoroczna, więc nieodpowiedzialnie byłoby zrezygnować w trakcie i robić kłopot osobom, którym zależy na ludziach chcących pracować właśnie na recepcji. To była ofert dla ludzi zdecydowanych, a nie chcących spróbować czy przypadkiem poradzą sobie w sytuacji, w której normalnie sobie nie radzą. Ostatecznie, gdybyście dowiedzieli się, co było moim głównym motywem wysłania CV aż do Zakopanego, złapalibyście się za głowę, oddychając z ulgą, że mi nie wyszło, bo z taką motywacją z pewnością skończyłoby się to równie mało optymistycznie.

Myślę o tym, co mnie ominęło, a patrzę na to z perspektywy sobotniej domowej burzy. Za każdym razem, gdy patrzę na tak okropne rzeczy w swoim rodzinnym domu, coś we mnie umiera na zawsze. Zbyt wiele razy słyszałam, że coś się zmieni, a tak naprawdę nasza rodzina to tykająca od wieków bomba, która wybucha raz na jakiś czas, by potem zostać nastawioną od nowa. Jestem jedyną(?) osobą, która ma świadomość tego, że powinniśmy pójść na terapię rodzinną. Czy kiedykolwiek pójdziemy? Oczywiście, że nie. Pójdziemy co najwyżej do piekła. Chociaż w tym jesteśmy zgodni jako rodzina. Powinniśmy się ratować i przestać żyć w tych kłamstwach, a pierwsze z nich brzmi “będzie dobrze”, drugie “inni mają gorzej”, trzecie: “przecież nic takiego się nie stało”, ale nie przestaniemy.

W tym kontekście dobrze, że zrezygnowałam z Zakopanego, bo po tym, co się wydarzyło, nie byłabym w stanie nic zrobić. W sobotę myślałam, że już nigdy nie wyjdę z domu, ale jeśli po raz setny przerabiasz tę samą sytuację, szybciej otrząsasz się z szoku. W niedzielę już wyszłam i skorzystałam z ładnej pogody. Naprawdę jednak wyszłam na niedzielną mszę i pogoda nie miała tutaj znaczenia. W tej całej chorej sytuacji jestem w stanie przestać wierzyć we wszystko, ale nie w Boga. Zabawne, prawda? Zbyt wiele razy realnie doświadczyłam Jego działania w swoim życiu, aby zapomnieć. Czemu tym razem nie wierzę, że uratuje mnie z tego bagna, w które sama się wpakowałam? Pewnie dlatego że nadal jestem tak samo uparta i wiem lepiej jak powinno to wszystko działać i nawet jak się poddaję, to i tak wracam do postawy kontrolowania. Boże, jestem naprawdę zakłamaną osobą.

Tak oto źle, że zrezygnowałam z Zakopanego, bo po tym, co się wydarzyło, już dawno powinno mnie tu nie być. Przecież to zawsze był mój motor napędowy, chęć wyrwania się z kłamstw. Tymczasem sama od zawsze byłam największą kłamczuchą. Jeśli macie naście lat i z sukcesem uda się wam wmówić całemu światu, że jesteście szczęśliwi i wszystko gra, a przez następne dwanaście lat będzie musieli grać dalej, aby przetrwać, to nigdy nic nie będzie grało poprawnie. Nawet, gdy mam te dobre, spokojne momenty, które trwają długo, nawet miesiące, zawsze wracam do punktu wyjścia, zawsze wracam do nastoletniej siebie, która z uśmiechem okłamywała innych ze sobą na czele. Pewnie dlatego od zawsze chciałam się stąd wyprowadzić, aby odetchnąć, również od samej siebie. Chciałam spróbować być sobą, uwolnić się od ludzi, przed którymi muszę być taka, jaką mnie zapamiętali. Uciec od rodziny, która nie jest w stanie dopuścić do siebie myśli, że twój mózg realnie szwankuje i pewnie masz od lat depresję, tak jak twoja matka, której nawet do głowy nie przyjdzie, że może ją mieć, bo jest prostą kobietą, ale o równie zakłamanym myśleniu. Tak, tak, jaka matka taka córka, od tego uciekam całe życie i nawet udało mi się to w pewnym sensie. Brat natomiast myśli, że jesteście pojebane (nienawidzę tego słowa, bo jest najgorsze ze wszystkich wulgaryzmów, etymologicznie pochodzi od słowa „jebać”) a najmłodszy, który miał być najnormalniejszy z bólem musi nasiąkać tym samym syfem. No a ojciec, ojciec jak zawsze nieobecny. Tak oto z pokolenia na pokolenie przechodzi całe zło, bo nikt nie ma na tyle siły, aby z nim wygrać.

 

Czy nadal chcę wyprowadzki, pracy, normalności? Nie, nie chcę już niczego. Koniec. Dobranoc.

Opublikowano personal | Otagowano | Skomentuj