956.

Nie pamiętam, o czym był poprzedni wpis, choć mam wrażenie, że opublikowałam go wczoraj. Nie zerknę, aby sobie przypomnieć, bo to nie ważne. Chciałabym tak samo nie pamiętać o tym wszystkim, co czyni mnie niezdolną do normalnego i prostego, ale pożytecznego i dającego satysfakcję życia prowadzącego ku wieczności. Chciałabym uwolnić się od tego, co od lat ciągnie mnie w dół, ale to jak zły urok, którego nikt nie jest w stanie ze mnie zdjąć. Nie radzę sobie od lat, choć wiedzą o tym może dwie osoby, w sensie uświadamiają sobie po jak cienkim gruncie stąpam (z momentami polepszenia i wracania na właściwy tor). Moja rodzina lubi żyć w nieświadomości i nie mam im tego za złe, każdy stara się chronić swoją poszarpaną przez czas i złe zbiegi okoliczności duszę. Niestety, nie mogę pogodzić się z tym, że moja rodzina nie daje mi prawa do określenia się jako osoba nie odczuwająca szczęścia, choć nie kwalifikuję się do osób nieszczęśliwych. W moim półrocznym, comiesięcznym spadaniu w dół radzę sobie całkiem dobrze. Dawniej, w podobnej sytuacji nie trzymałam się na poziomie. Nadal trudno zmusić mi się do położenia spać o wcześniejszej porze, choć padam ze zmęczenia, a potem trudno podnieść mi się z łóżka mimo, że moje ciało dostało odpowiednią ilość godzin – mózg jednak nie wie po co wstawać – ale miewam się lepiej niż kiedyś na bezrobociu. Nieustannie (od wielu lat)  próbuję dojść do tego, czemu dzieje się ze mną to, co się dzieje. Czemu jestem tak poblokowana i niezdolna do wielu rzeczy, niesprawiających innym trudności. Szukam prawdy, która mnie wyzwoli, ale obawiam się, że jeśli prawda mnie wyzwoli, to zabije moją rodzinę, więc i mnie późniejsze poczucie winy. Niestety rzeczywistość nie dostosuje się magicznie pod wpływem mojego działania, o czym przekonuję się nieustannie w ostatnim czasie. W dodatku podejmowanie konkretnej decyzji zajmuje mi tydzień, więc moje szanse w każdym przypadku spadają o siedem dni. Nie powinnam obwiniać się za to, że robię postępy w wolniejszym tempie. Niestety, świat pędzi nieubłaganie i ten kto nie potrafię się dostosować, odpada z gry na starcie. Ludzie nie szukają odpowiedzi na wiele pytań, tylko po prostu żyją, ale kiedy zaczynam po prostu żyć, poczucie winy nie daje mi spokoju, bo moje po prostu żyć to egoistyczne nic nie robienie. Łatwo jest żyć, gdy nie musisz martwić się o brak pieniędzy, bo pieniądze odciążają połowę zmartwień wiążących się z podstawowym codziennym funkcjonowaniem i nikt mnie nie przekona, że nie mam racji. Jeszcze gorzej jest żyć nic nie robiąc, ani dla innych, ani dla siebie. Mam w sobie tyle chęci, które niespożytkowane, tylko mnie zasmucają, bo nikt nie chce dać mi szansy. Ostatnio najbardziej męczy mnie jednak to, że codziennie jestem kimś innym. Moje otoczenie jest identyczne, moje czynności monotonne i powtarzalne, ale sama przechodzę przez kilka różnych osobowości i znowu przeszkadza mi to, że nie wiem kim jestem. Od tego bezsensu uaktywniło się nieracjonalne myślenie, przez co nieustannie muszę sobie tłumaczyć kim jestem, co jest dla mnie ważne i jedyne co mogę zrobić to oszukać się, że jestem odważna i mogę znieść jeszcze więcej przykrych rzeczy niż do tej pory przetrwałam i że dam radę ze wszystkim, nawet jeśli przez kolejne lata nic nie ułoży się po mojej myśli. Dam radę, bo ostatecznie wierzę w Anioła Stróża, który będzie strzegł mnie do ostatniej chwili. Tak jak to tej pory. Jestem więc niedoszłą samobójczynią, umieram raz na kilka dni i piszę pożegnalne listy, aby na końcu nie pozostawić żadnej odpowiedzi, robiąc wszystkim na złość. Potem kocham życie tak bardzo, że wzruszam się jadąc z uśmiechem rowerem, jakby to był największy luksus. Jestem najgorszą przyjaciółką, która nie jest w stanie odezwać się już do nikogo, bo nie ogarnę ani swojego “co u mnie” ani innych, tak pogmatwane życie się stało, a potem zostaję najlepszą internetową pomocą. Jestem nikim dla znajomych i wszystkim dla kogoś nieistniejącego. Jestem nastoletnią fanką koreańskiej popkultury i dorosłą kobietą zainteresowaną koreańską kulturą. Jednego dnia nie jestem w stanie zmusić się do wejścia do sklepu, bo mijanie znajomych ludzi lub mówienie “dzień dobry” tym, którzy zaraz będą chcieli w czymś pomóc, jest wkurzające, aby innego dnia wejść z uśmiechem i wydać ponad zaplanowaną normę. Jestem zła na swoją przeszłość i przerabiam ją na nowo nocami i dniami, co zwiększa moją nienawiść do samej siebie, aby potem z wdzięcznością spojrzeć na wszystko co mnie spotkało i w jednej chwili odciąć się drastycznie od tamtych wydarzeń, jakby nic nigdy złego się nie stało. To głupie, że jednego dnia wydaje nam się, że nie damy rady, a drugiego jakoś trwamy, choć nie zmienia się zupełnie nic, i mija pół roku, dziesięć lat i ciągle nic. Nikt nie jest gotowy na prawdę, którą w sobie noszę, nawet ja sama, więc może nigdy nie odkryję prawdy, której poszukuję. Pewne rzeczy na zawsze pozostają milczeniem. Zawsze wolałam poświęcić siebie niż krzywdzić innych, choć inni mogą nie rozumieć, skąd bierze się u mnie takie myślenie i czemu twierdzę, że to nie tylko wymysł mojej wyobraźni. Ostatnio miałam ochotę na błyskawiczną zupkę chińską. Wszyscy wiemy, że to niezdrowe i śmieciowe jedzenie, ale raz na jakiś czas można. Kiedyś jedną taką zupkę dzieliłam na pół i jadłam jako dwa różne dania w ciągu dnia. Jadłam tak tygodniami. Myślę, że od tamtego czasu moje życie zgubił resztkę normalności.

Opublikowano personal | Skomentuj

955.

Tydzień temu sąsiad z góry zalał nam mieszkanie. Czasem można odnieść wrażenie, że mieszkamy w przeklętym miejscu. Nie wierzę w to, ale tak to właśnie wygląda, regularnie spotykają nas nieszczęścia, choć naturalną rzeczą jest, że stare rzeczy się psują a wypadki zdarzają. Po dwudziestej drugiej pękł kaloryfer w jego łazience i momentalnie zaczęła przeciekać do nas woda, najpierw wąskim strumyczkiem z sufitu w przedpokoju, a potem po ścianach, a nawet po żyrandolu i żarówce, więc musieliśmy wyłączyć światło. Dopiero gdy mój brat zastukał do drzwi sąsiada, ten zorientował się, że problem jest dość poważny, bo nasz blok, zresztą jedyny w okolicy, ma podłączone ogrzewanie centralne do szkoły znajdującej się obok, a zatrzymanie obiegu wody o tej porze mogło być problemem. Gdyby nie nasz wujek złota rączka, który pomaga w każdej kryzysowej sytuacji, moglibyśmy mieć problem do rana. (Czasem mu – wujkowi – szczerze współczuje, naprawiał już u nas niemal wszystko, choć nigdy nie daje po sobie poznać, że mu to przeszkadza, jest bardzo pozytywną i obrotną osobą). Zatkać dziurę w pękniętym kaloryferze ciężko, a dojść do tego, którą rurę w piwnicy zakręcić też niełatwo, ale sytuację udało się opanować. Może gdyby sąsiad nie był w tak wielkim szoku, wpadłby na to, że skoro nie da się podstawić miski pod cieknący kaloryfer (nie byłam na miejscu, bo ścierałam wodę u nas, ale wygląda na to, że woda tryskała w różne strony), mógłby zacząć chociaż ścierać potop ze swojej podłogi, przez którą przeciekała do nas woda. Wzięła się za to moja mama, aby ratować nasze ściany. “Proszę nie ścierać, sam potem zetrę wodę.” To właśnie usłyszała, co świadczy o tym, że szok sąsiada był ogromny, tak ogromny, że był w stanie palić jedynie papierosa. Mogłoby się wydawać, że mamy wielkiego pecha, ale za poniesione szkody dostaniemy odszkodowanie, choć patrząc na to, że nikt u nas nie lubi załatwiać takich papierkowo-urzędowych spraw (bo od zawsze włóczymy się po urzędach, więcej niż przeciętna rodzina), mogliśmy zwyczajnie odpuścić. Dostaniemy jednak odszkodowanie i tak oto całe zalanie nagle okazało się błogosławieństwem, bo dzięki temu będziemy mogli zapłacić rachunki. Odkąd jestem bezrobotna, spędzam dużą ilość czasu w internecie, w sumie dwanaście godzin na dobę (o zgrozo), wiadomo przeglądam ogłoszenia o pracę, albo błądzę po social mediach i youtube, co albo wymaga włączonego komputera albo częstego ładowania telefonu. Mam dwóch braci, którzy również korzystają z komputera, telefonów, oglądają telewizję, a przecież do prądu są podłączone inne urządzenia w domu oraz zapadający szybko zmrok wymaga rozświetlenia żarówkami. Latem zużywamy zdecydowanie mniej prądu, bo i mnie spędzamy czasu w domu, więc teraz rachunek będzie ogromny. Do tego należy doliczyć wodę, bo nagle mój brat, któremu przedłużono umowę, poczuł się jak król i bierze prawie codziennie kąpiele, przy czym ja od dwóch lat korzystam tylko z prysznica. Tak to nasze życie rodzinne się toczy, każdy żyje swoim odmiennym życiem w zależności od wypłaty lub jej braku, swoich przyzwyczajeń i zajęć, które pozwalają odciąć się od  rzeczywistości lub w niej zatonąć.

(Chciałam poświęcić wpis NamTae, ale mam wrażenie, że pojawiło się we mnie tak dużo przemyśleń, które przeskakują od jednego do drugiego, że chyba nigdy nie będę w stanie zebrać tego w całość i stworzyć wpis o tym, jak to jest jednego dnia być otoczonym ludźmi 24 godziny na dobę siedem dni w tygodniu przez lata, z całym nadzorem wytwórni i ograniczeniami, a drugiego poczuć smak wolności, ale i samotności oraz pustki. Posiadam tę okropną umiejętność wczuwania się w sytuację innych i mnie to męczy. Powinnam przestać rozmyślać o życiu ludzi, którzy nie istnieją w mojej czasoprzestrzenni, o tym, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami wytwórni, o tym jacy ludzie są, gdy kamera nie patrzy. NamTae pokazał mi odrobinę tej prawdy i pewnie dlatego o tym myślę, bo rozbraja mnie każda szczerość, która wynika ze słabości, będąc jednocześnie siłą do mówienia o tym, co prawdziwe. Powiem tylko, że najbardziej utkwił mi w pamięci fragment wywiadu, który pozwolę sobie przytoczyć. „I tried hard to be happy but I have given up. I don’t know when I’m happy. I do want to feel happiness but to be honest, I don’t know when I’m happy. I really don’t know what happiness is. But I hope that someday I would realize what’s like to be happy. I’m really counting down to the day when I finally know it.” Też na to cierpię, właściwie od zawsze, nigdy nie potrafiłam określić, kiedy jestem szczęśliwa. Nigdy nie wiem, czy odczuwam szczęście, czy tylko udaję. Moje szczęście to pewnie tylko ulga, że nie odczuwam strachu i smutku, ale to nie ma nic wspólnego z cieszeniem się z bycia tu i teraz. On ma nadzieję, że uda mu się odnaleźć brakujące uczucie, a wiem, że nad tym pracuje, tymczasem ja poddałam się całkowicie, zwyczajnie nie wierzę, że można być szczęśliwym człowiekiem, bez wątpliwości i nieustannej walki z samym sobą. Wierzę, że niektórzy osiągają wyższy poziom wtajemniczenia i realnie mogą odnaleźć w sobie to coś, co będzie dla nich uczuciem szczęścia, bo będą mieć warunki ku rozwojowi. Ja nie mam siły na szukanie szczęścia, nie mam do tego warunków, głowy i pomocnika. Muszę znaleźć pracę, a i tak wiem, że to nie sprawi, że będę szczęśliwa. Zostanę „tylko” wyrwana z koła rozpaczy, choć obawiam się, że jeśli do końca roku nic się nie zmieni, to będzie ponad moje siły. Nie będę w stanie przeżyć kolejnego Sylwestra sama, bez nadziei na lepszy rok. Ósmy raz pod rząd to nawet dla mnie może być za wiele.)

Opublikowano personal | Skomentuj