961. Podsumowanie roku.

Byłabym niewdzięczna pisząc, że nie spotkało mnie nic dobrego w mającym roku, prawda? Oczywiście chciałam to zrobić, chciałam napisać jak bardzo zawiodłam się na tym roku, ale prawda jest taka, że zawiodłam samą siebie, bo ostatecznie zawsze jestem winna, ale pomyślałam, że powspominam dobre rzeczy, aby na końcu stwierdzić, że były chwilą, która i tak przeminęła.

Najpierw był styczeń. Od razu przed oczami maluje mi się obraz imprezy integracyjnej z osobami z byłej już pracy. Bawiliśmy się w domku pośrodku ciemnego lasu, bez świadków i zasięgu. Mieliśmy nawet ognisko i ciepłe kiełbaski jedzone na mrozie. Nigdy nie spędziłam tak fantastycznie czasu z obcymi ludźmi jak podczas tamtej zimowej nocy. Boże, jak bardzo chciałabym kiedyś znowu przetańczyć noc bez obawy uszkodzenia słuchu, poczucia, że muszę na siłę być bardziej towarzyszką, bo wymaga tego ode mnie otoczenie i z ludźmi, którzy bez obaw potrafią się bawić na całego, choć nie staczają się do nieprzyzwoitego poziomu.

Zima nigdy nie wydawała mi się tak przyjemna jak tamtej nocy. Byłam więc naiwnie przekonana, że tak pomyślnie rozpoczęty rok w końcu przyniesie równie pomyślne rozwiązania. Niestety, zapomniałam, że Sylwestra spędziłam w domu naćpana antybiotykami, a może już wtedy byłam po ostatniej dawce, czyli sto dwudziestej tabletce, co nie zmienia tego, że nie mogłam czuć się dobrze, bo przykładowo flora bakteryjna po antybiotykoterapi odbudowuje się nawet przez rok czasu. Nadal nie wierzę, że wepchnęłam w siebie tyle leków w ciągu dziesięciu dni i cierpiałam z powodu skutków ubocznych, a jak to mówi stare powiedzenie, jaki nowy rok taki cały rok. Wprawdzie udało mi się zwalczyć bakterię w żołądku i pozbyć anemii, choć nie stosowałam się potem do zaleceń lekarza i zrezygnowałam zarówno z wizyt kontrolnych u gastrologa jak i hematologa. Nie przeszkodziło mi w uznaniu siebie za osobę zdrową na ciele. Resztę roku przetrwałam bez wizyt u lekarzy i mam się dobrze. Mój najmłodszy brat obecnie choruje, ksiądz na ambonie wspominał o krążących wirusach, a kobiety w sklepie rozmawiały o przechorowanych świętach, więc moja odporność naprawdę się poprawiła i nie licząc dożywotnich szumów usznych i mętów/muszek w oczach, jestem zdrowa, więc mogę przyznać, ten rok dał mi siłę fizyczną (nie licząc porażki w odzieży używanej), więc mogę być wdzięczna za to, że moje dwuletnie wycieczki po gabinetach lekarskich w tym roku dobiegły końca.

Zima była wyjątkowo wypełniona miłymi wspomnieniami. Pamiętam, że udało mi się kilka razy wyjść na piwo i pizzę ze znajomi, mi, osobie, która sporadycznie pije alkohol i nie ma znajomych na wieczorne wyjścia. Po zimie nastała wiosna, a ja nadal wychodziłam na piwo i miałam znajomych. Nigdy nie zapomnę tego jednego wieczornego spotkania w marcu, kiedy obcy ludzie stali mi się wyjątkowo bliscy, ale nie zapomnę szczególnie jednego momentu. Kiedy wyszłam odebrać dzwoniący telefon, młodszy kolega wyszedł za mną do łazienki (choć nie wiem, czy mógł zrobić to specjalnie). Tak spotkaliśmy się w przejściu i nie wróciliśmy już do towarzystwa. Trochę szkoda, że nasz rozmowa trwała zaledwie dziesięć minut, bo jak zwykle musiałam być pierwszą, która wychodzi ze względu na brak powrotnego transportu do domu. (Czy naprawdę muszę być Kopciuszkiem i wychodzić przed północą z każdego “balu”?) Mimo to moment, gdy siedzieliśmy na schodach rozmawiając, a on spontanicznie pokazał mi swój tatuaż, wyjątkowo utkwił mi w pamięci. Potem widywaliśmy się przelotem w pracy. Czasem mogliśmy porozmawiać, gdy w biurze był mniejszy ruch. Jestem wdzięczna za wszystkie polecone filmy i seriale (naprawdę uwielbiam, gdy podsyła mi tytuły do obejrzenia, choć ostatnio oglądam więcej koreańskich programów rozrywkowych niż filmów) oraz późniejsze słowa otuchy, gdy oboje odeszliśmy z pracy i rozmawialiśmy na messengerze zarywając noc. Nie zapomnę też zaskakującego uścisku na pożegnanie po tamtej rozmowie na schodach oraz niezjedzonego pożegnalnego ciasta, które sama zrobiłam. Nie dziwę się, że masz tyle koleżanek, bo sprawiasz, że czują się przy Tobie komfortowo i szkoda, że nigdy nie zostanę jedną z nich, bo ile mogę mieć znajomych na odległość i przez internet, spotykanych raz na rok, a może nawet i nie. Mimo to cieszę, że mogłam słuchać Twoich żartów i tego jak potrafisz śmiać się z siebie, choć czasem miałam wrażenie, że gdzieś w tym pozytywnym i żartobliwym sposobie bycia musi być drobne oszustwo. Wygląda to tak, jakbym poświęciła Tobie dużo myśli w tym roku, ale to nieprawda, w tym roku myślałam więcej o kimś innym, prawdopodobnie o sobie samej. Myślę, że dzięki osobom ze swojej byłej pracy uwierzyłam, że mogę być całkiem normalna, a jednocześnie uświadomiłam sobie, że daleko mi do odnalezienia się w realnym świecie. Postanowiłam więc zmienić miejsce pracy i tak oto wielkie marzenia okazały się wielką porażką, bo w grudniu zaczęłam siódmy miesiąc bezrobocia.

Mogę powiedzieć, że brak pracy to największe rozczarowanie tego roku, które zafundowałam sobie przez własną naiwność i głupią wiarę w to, że mogę być kimś innym. Miałam jednak pisać o rzeczach, za które jestem wdzięczna, więc już wracam na odpowiedni tor. Bezrobocie dało mi lato wypełnione po brzegi samotnymi rowerowymi przejażdżkami, w otoczeniu natury, po terenach nigdy dotąd nieodkrytych miejsc. Zwiedziłam las, w którym znajdował się domek z zimowej imprezy wspomnianej na początku. Tak naprawdę zaczęłam jeździć po tamtejszych stronach, aby sprawdzić, czy odnajdę to miejsce w dziennej letniej scenerii i udało mi się dopiero przy kolejnym podejściu. Po odkryciu postanowiłam “zaliczyć” wszystkie oznaczone drogi w tamtych stronach, co dawało kilkadziesiąt kilometrów dziennie. Jeździłam całymi dniami we wszystkie strony świata od swojego miejsca zamieszkania, co prawdopodobnie było swego rodzaju syndromem ucieczki; pewnie dlatego niewiele się u mnie zmieniło, bo powinnam starać się bardziej zamiast jeździć tu i tam, jakby życie polegało tylko na tym. Musiałam jednak uciec od myśli, która sugerowała, że mam ochotę zarzucić na szyję sznur i pozbyć się wszystkich problemów za jednym zamachem. Co gorsza wiedziałam, że nigdy tego sznura nie zacisnę i byłam równie przerażona faktem, że w moim świecie nie istnieje prawdziwa ucieczka od problemów. Wyjeździłam rowerem trochę zmartwień, a do tego okryłam nieznane okolice, których poznawać nie miałam nigdy potrzeby, a które teraz trochę polubiłam, czując się jak turystka odkrywająca magiczne miejsca. Sprawiało mi to dużo dziecięcej frajdy, zwłaszcza, że będąc w drodze zawsze czuję tę wolność, a ruch sprawia wrażenie, jakby wszystko mogło się wydarzyć.Oczywiście po drodze nie wydarzyło się zupełnie nic, co mogłoby zmienić moją rzeczywistość, ale dzięki tak dużej ilości duchu moje poczucie winy z powodu jedzenia wynosiło zero. Chciałabym udać się do “zaczarowanego” lasu także zimą; zdjęcia wyszłyby tam bardzo ładnie, zwłaszcza nad zamarzniętym stawem, ale choć mamy kalendarzową zimę, nie mamy śniegu ani mrozu, a nawet gdybyśmy mieli, nie mam pojęcia, kto mnie by tam zawiózł, bo na pewno nie rower.

Tegoroczne lato pozwoliło mi również na dwa wyjazdy do dużych miast: Warszawy i Poznania. W Warszawie po dziesięciu latach internetowej znajomości spotkałam E. Aż chce się krzyknąć – w końcu! Ten sierpniowy upalny dzień był niesamowity, nie tylko dlatego, że poszłyśmy razem na koncert, a przecież nie mogę chodzić na koncerty, ale dlatego, że poczułam dawno zagubioną swobodę przy obecności drugiej osoby. Miałam wrażenie, że spędzam czas z kimś, kogo widuję na co dzień, co do końca nie było kłamstwem, bo ostatnie dwa lata pisałyśmy ze sobą codziennie. Brzmi nierealnie, nawet dla mnie, ale jest faktem. Szkoda tylko, że nie opuszcza mnie wrażenie, iż było to nasze jedyne spotkanie w realnym świecie. W tym niemożliwym przekonaniu utwierdza mnie doświadczenie, które pokazało mi, że czekam latami na pierwsze spotkanie, a gdy już następuje, jest krótkie i intensywne, po czym blednie, a czekanie na kolejne nie dobiega końca. Czasem zastanawiam się, czy mam takiego pecha, czy naprawdę niektóre osoby dane mi jest spotkać tylko raz.

W Poznaniu byłam po raz pierwszy i spędziłam tam kilka dni w odwiedzinach u przyjaciółki. Od lat nie spędziłyśmy ze sobą tylu dni we dwie, ale stało się tak tylko dzięki temu, że mąż pojechał na szkolenie. W dodatku jak za dawnych czasów spałyśmy w jednym łóżku, choć właściwie nie do końca jak za dawnych, bo spałyśmy teraz we trójkę. Przyjaciółka była wtedy w ciąży, więc oprócz dotrzymywania jej towarzystwa, mogłam trochę pomóc. Najbardziej z tamtych dni pamiętam wizytę w palmiarni i mogłabym pracować w takim miejscu, gdyby istniała taka możliwość, a jak wiemy, taka możliwość nie istnieje.

Skanuję w pamięci resztę roku i dociera do mnie, że w tym roku po raz pierwszy w życiu nie odpisałam na czyjąś wiadomość. Czasem dziwnie mi z tym faktem, bo nawet jeśli nie daję sobie rady z jakąś relacją, piszę o tym drugiej osobie wprost, tymczasem całkowicie zignorowałam próbę kontaktu ze mną i wyszło mi to na dobre. Trudno uwierzyć, że obudził się we mnie zdrowy egoizm, ale jestem przekonana o słuszności swojej decyzji. Nie powinnam odpisywać na wiadomość napisaną po północy przez wtedy podobno zaręczoną osobę, teraz jak się okazało odręczoną i będącą w związku z kimś innym. Ktoś, kto wcześniej wykorzystał moje zaufanie i dobre chęci, mieszając mi w głowie nieprawdziwymi historiami, nie powinien oczekiwać ode mnie wiele. Pozostawione bez odpowiedzi wiadomości ciążą, więc to najlepiej wymierzona przy okazji kara.  Jestem wdzięczna, że ta historia, choć przyniosła mi dużo stresu ciągnąc się od ubiegłego roku, w tym dobiegła wreszcie końca. Niestety, karma wraca, więc pewnie dlatego po raz pierwszy ktoś nie odpisał na moją wiadomość, choć “niebawem” brzmiało obiecująco, a po ośmiu miesiącach brzmi jak zwykłe zbycie. Myślę, że jest w tym trochę mojej winy, “mówiłam” dużo dziwnych rzeczy, w tym roku chyba trochę mi odbiło; nie lubię siebie takiej zaangażowanej. To znaczy, chyba nie ma nic złego, gdy zależy nam na utrzymywaniu z kimś kontaktu, jeśli znamy się od kilku lat, ale moi kiedyś bliscy znajomi zawsze prędzej czy później znikają, bo albo mylnie odbierają moje intencje, albo zwyczajnie nie jestem im potrzeba. Czasem mi trochę przykro, choć wiem, że wina nie może leżeć tylko po jednej stronie. Ostatecznie zawsze myślę o tym, że rzeczywistość mało kogo rozpieszcza i każdy walczy ze swoimi demonami, więc jeśli ktoś znika z mojego życia i wychodzi mu to na dobre, nie mogę czuć się źle z tego powodu.

Byłabym niewdzięczna pisząc, że nie spotkało mnie nic dobrego w mającym roku i jak widać udowodniłam, chyba głównie samej sobie, że mam też miłe wspomnienia. Wiecie, że nigdy wcześniej nie napisałam tak obszernego podsumowania. Poprzednie sprowadzały się do jednego zdania nienawiści. Można powiedzieć, że w tym roku coś się zmieniło, chyba moje podejście do różnych sytuacji. Niestety, nie przemieniłam się w niepoprawną optymistkę, choć udało mi się cierpieć mniej bez potrzeby. Postanowiłam przemilczeć te wszystkie niewyobrażalnie przykre sytuacje, przez co wydaje się, że mój rok był lepszy i może był, ale najważniejsze dla mnie rzeczy okazały się porażką, więc podsumowanie, które powinno odnosić się do całości roku, wypada smutno w moim sercu. Jednak to nie ma znaczenia, bo mój smutek znika pod obojętnością przerywaną strachem. Zawsze w styczniu jestem okropnie spięta i przerażona myślą, że oto mamy nowy roku, a moje dni wyglądają tak samo żałośnie. Chcę zmian, od lat pali mnie ta potrzeba, ale nigdy nie udało mi się dojść do tego, jak to zrobić. Jutro, w ostatni dzień roku, najsilniej odczuję potrzebę zniknięcia z Ziemi. Nigdy nie było inaczej. Kolejny już rok (chyba ósmy) spędzę Sylwestra sama oglądając powtórkę występów z koreańskiej sceny muzycznej. Wysiedzę do północy, poczekam aż dźwięk fajerwerków ucichnie i położę się spać. Już teraz wiem, że gdy będę próbowała zasnąć, zacznę płakać, ale tym razem nie nad swoim życiem. Powiedzcie mi, czy mogę uznać ten rok za dobry, jeśli ktoś tak wspaniały jak Kim Jonghyun postanowił zniknąć z tego świata. Jeśli jemu nie udało się odnaleźć w sobie siły, aby dalej żyć, jak ja mam przeżyć resztę swoich dni. Porównanie naszych istnień jest zupełnie nie na miejscu i wcale nie chcę tego robić, ale jak, jak mamy żyć, gdy zamiast dążyć do prawdy i szczęścia musimy plątać się w kłamstwach, bo wydaje nam się (często słusznie), że nie zostaniemy zaakceptowani ani przez bliskich, ani przez społeczeństwo. Wolność to samotna droga, jak śpiewa Theo Hutchcraft w jednej z piosenek.

Żegnam ten rok bez żalu. Nowy powitam bez nadziei.

Ten wpis został opublikowany w kategorii personal i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>