960.

Dla pewności przejrzałam kilka wpisów z poprzednich lat, ale naprawdę nie musiałam tego robić, aby wiedzieć, że żaden grudniowy wpis na tym blogu nigdy nie był optymistyczny. Nie wiem, czemu Święta Bożego Narodzenia zawsze były dla mnie grą, w której zawsze przegrywam. Tylko czas spędzony w kościele w te dni zawsze wydawał mi się wyjątkowy i pożyteczny, i to przygnębiało mnie równie mocno, bo przecież nie powinnam być radosną tylko w murach świątyni, powinnam nieść radość w świat. Niestety, wtedy czułam się dobrze wszędzie tylko nie we własnym domu. Może dlatego nadal echa tamtych dni ciągle we mnie tkwią i tak bardzo chcę się z tą wyrwać, a im bardziej chcę, tym bardziej mi nie wychodzi. W tym roku wyjątkowo obyło się bez dramatów, bez kłótni rodzinnych, bez poczucia przegranej, choć miałam jeden gorszy moment jako osoba bezrobotna w gronie osób, które mają określone, stabilne życie lub chociaż wiedzą, co chcą robić w życiu. Mimo to z wdzięcznością pomyślałam o tym, że od tragicznego 2012 roku moja dusza stała się naprawdę lżejsza. To jedyna rzecz, na której zależało mi bardzo mocno, wtedy, gdy pięć lat temu postanowiłam sobie, że muszę się ratować, choć nie wiedziałam jeszcze jak. Nie dobrnęłam jeszcze do celu. Moje wpisy świadczą o tym, jak wiele jeszcze przede mną pracy i jak bardzo bywa zagubiona, gdy daję ponieść się emocjom lub głupim myślom, albo gdy wyrasta przede mną sytuacja, która wydaje się nie do przebrnięcia. Mimo to ten błogi spokój i możliwość zaśnięcia bez ciężkiego serca, które szepcze, że nic nie jest już warte, aby bić dalej, jest czymś pięknym. Można by przypuszczać, że naprawdę tegoroczny grudzień jest trochę szczęśliwszy, ale to nie do końca prawda. Jest bardzo smutny. Mija tydzień, a ja codziennie zasypiam z obrazem Jonghyuna i próbuję zrozumieć coś, czego nie da się zrozumieć. Co z tego, że wiem, jak to jest nie móc dłużej, do tego stopnia, że desperacko próbujesz oszukać wszystkich, nawet siebie i dzięki temu nikt nie wie, że twój wesoły chód to czołganie się ostatkiem sił, ku przepaści. Co z tego, że wiem, jeśli świat, kultura, otoczenie, ludzie i rzeczy, którym trzeba stawić czoła, nic, zupełnie nic nie jest podobne, dlatego nigdy nie mogłabym stwierdzić, że wiem, jak się czuł, bo za pomocą jakiej miary miałabym porównać skalę jego uczuć z moimi. Tego nie da się nigdy zmierzy. Dzisiaj pisałam z koleżanką, mieszkającą na drugim końcu Polski. Ostatni raz widziałyśmy się na koncercie VIXX w 2014 roku, a w sumie widziałyśmy się dwa razy w życiu, po tym jak poznałyśmy się na tumblrze. Jej życie zmieniło się bardzo przez ostatnie lata, w tym roku została mamą, i nagle podczas naszej rozmowy dotarło do mnie, że może nie wiedzieć. Miałam rację, nie wiedziała. Zanim przekazałam jej tę smutną wiadomość, ogarnął mnie niespodziewany nawet dla mnie strach i smutek, bo jak można przekazać coś tak tragicznego drugiej osobie, która zawsze tak ciepło wypowiadała się o zespołach i pokochała na równi z tobą ten sam świat. Wtedy zaczęłam  bardzo mocno płakać, bo choć przez większość czasu odtwarzam tę informację jak wspomnienie złego snu, to tym razem dotarł do mnie realizm tej sytuacji, cały tragizm jednego ludzkiego życia, które nie powinno się tak zakończyć.

Ten wpis został opublikowany w kategorii personal. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>