953.

Chciałam napisać, od miesięcy próbuję pisać częściej, ale gdy jestem gotowa, aby zabrać się za tę czynność, okazuje się, że jest wiele ciekawszych rzeczy, które mogę robić akurat przed komputerem. Wczorajszego wieczoru postanowiłam zrobić przerwę od koreańskich programów rozrywkowych, które nagle stały się jedyną rzeczą sprawiającą, że śmieję się głośno i szczerze. To sprawia, że popadam w pewnego rodzaju uzależnienie, bo każdy lubi czuć się dobrze, zwłaszcza, gdy realna rzeczywistość nie dostarcza ani jednego powodu do uśmiechu. Wczoraj postanowiłam skosztować innego rodzaju emocji i po raz drugi w życiu, po trzech latach od seansu, obejrzałam “Posępną noc”. To zdecydowanie była posępna noc również dla mnie. Wraz z pojawieniem się napisów końcowych miałam ochotę rozpłakać się jak dziecko. Filmy o przyjaźni z prostym, cichym, ale łamiącym zakończeniem zawsze są dla mnie wyjątkowo bolesne.

Chciałam płakać, ale nie pozwoliłam sobie na to. Nie pozwalam sobie płakać od dawna. Niesamowite, że jeszcze kilka lat temu byłam największą beksą, jaką spotkałam. Płakałam nad życiem swoim i każdego swojego znajomego, z którym łączyła mnie emocjonalna, czasem tylko internetowa znajomość. Może to był tylko okres dojrzewania, który zajął mi wyjątkowo długo, lub nie zdiagnozowana przez specjalistę nadwrażliwość, a może byłam głupia, że wylałam tyle daremnych łez, bo ostatecznie nikt się do mnie nie odzywa. Prawda, płakaniem nie da się udowodnić swojej przyjaźni, ani szczerymi słowami, bo podobno czyny są ważniejsze niż słowa. Człowiek czasem ma wrażenie, że robi wszystko, aby utrzymać z daną osobą kontakt, a na końcu, kiedy zostaje z ciszą, i tak obwinia siebie. Myślę, że gdybym była kimś innym, bardziej otwartym, czyli lepszym według standardów kontaktów międzyludzkich, miałabym przy sobie ludzi, na których zależy mi od lat. Tymczasem mam na co zasłużyłam. Może to “wykrakałam”? Miałam taki okres w życiu, że nie opuszczało mnie wrażenie, że każda ucieczka, która wiązała się ze strachem, czasem panicznym, w przyszłości zaowocuje tym, że zostanę sama. To nie tak, że jestem sama. Są osoby, które od lat utrzymują ze mną kontakt, nawet jeśli wraz z nadejściem dorosłości widujemy się rzadko i jestem wdzięczna za ich obecność w swoim małym marnym życiu, ale nie mogę pogodzić się z tym, że reszta rozpłynęła się jak we mgle. Nie pozwalałam sobie jednak na tęsknoty, nie za często, bo wiem, że prędko by mnie to zniszczyło, zwłaszcza, że pewnie tęsknię za przeszłością, której już nie ma. Mam tylko nadzieję, że moi znajomi radzą sobie lepiej niż ja.

Wysłuchałam piosenki lecącej podczas napisów końcowych i włączyłam okienko. Potem zaczęłam oglądać koreańskie programy rozrywkowe, aby pozbyć się tego nieprzyjemnego uczucia straty, przez co znowu poszłam spać po północy. Kiedyś gdzieś usłyszałam, że jak człowiek położy się spać po północy, to niezależnie od tego jak długo będzie później spał i tak obudzi się niewyspany. Jest to prawda, która sprawdza się w moim przypadku. Oczywiście uczucie niewyspania mija po jakimś czasie od przebudzenia i spokojnie po dziewięciu godzinach snu (śpię jak królowa, a raczej jak osoba bezrobotna), może funkcjonować cały dzień bez potrzeby drzemki.

Zapowiadają ładną pogodę przez kilka dni, więc skuszę się na niejedną długą rowerową przejażdżkę. Brakuje mi tego, przecież podczas lata jeździłam tak często. Poza tym nic się nie zmieniło. Gdyby nie zmieniający się krajobraz za oknem, miałabym wrażenie, że czas zatrzymał się w miejscu. Utknęłam w sytuacji, z której nie potrafię się wydostać i tylko koreański nierealny świat oraz modlitwa sprawiają, że trwam, choć to głupie, zestawiać ze sobą tak dwa odmienne światy, a jednak w jakiś sposób to u mnie działa. Czasem zastanawiam się, co zrobiłabym będąc osobą niewierzącą. Dawniej, ze swoją skłonnością do autodestrukcji, teraz mogłabym zrobić coś naprawdę głupiego, jeszcze głupszego niż kiedyś, ale jak zawsze nie zauważalnie. Teraz albo jestem spokojniejsza, właśnie dzięki modlitwie, albo coś we mnie zamarło. Nawet nie potrafię wprowadzić diety aka niejedzenie, choć dawno temu byłam w tym mistrzem. Pewnie dlatego że obiecałam sobie – nigdy więcej – i jestem okropna, że dotrzymuję obietnic. Ostatnio natrafiłam na wideo o derealizacji i depersonalizacji. Stwierdziłam naukowo, że żadna z dolegliwości mi nie dolega, a właściwie są to choroby, które realnie utrudniają życie i które można, a nawet należy leczyć. Potem znalazłam odpowiedź na jakimś forum, że derealizacja paradoksalnie może pomagać przetrwać. Bywa, że jest wynikiem reakcji obronnej organizmu na taki czynnik jak długo utrzymujący stres czy załamanie i pomaga oderwać się od problemów. Moja realna wiedza na temat obu zagadnień jest tak naprawdę znikoma, ale nie pozwala mi to zapomnieć o ciężkich momentach, po których powinnam się zwyczajnie załamać na dobre (co kiedyś by nastąpiło). Tymczasem z zaskoczenia dostałam jakby cios w tył głowy. Wtedy nie opuszczało mnie wrażenie, że śnię i to co się dzieje nie jest prawdą. Uczucie strachu zastępowała pustka i poczucie odrealnienia. Wiedziałam, że to przydarza się właśnie mi i że taka sytuacja nie powinna mieć miejsca w niczyim życiu, ale byłam jej świadkiem i żeby przetrwać, musiałam się od niej odciąć. Nie wiem, czy mój mózg sam opanował tę sztuczkę, czy nauczyłam się odpychać od siebie złe momenty tak bardzo, że oddzieliłam swoje życie od siebie. Czasem mam wrażenie, że jestem widzem życia, choć sama w nim nie uczestniczę. Mimo to wiem, że nie mam derealizacji i żaden lekarz nie zdiagnozowałby tego u mnie. Od wielu lat próbuję dojść co ze mną nie tak i choć sama doszłam do niektórych wniosków, nadal brak fachowego potwierdzenia sprawia, że jestem zagubiona między tym, co jest prawdą, a co jedynie moim domysłem. Teraz jednak próbuję dojść do tego, czego nie mam pracy i co zrobić, aby to zmienić, skoro wysyłanie dokumentów nic nie daje.

Opublikowano personal | Skomentuj

952.

Próbuję napisać, ale pierwsze zdanie zawsze wydaje się najtrudniejsze, tym bardziej, że staję się coraz bardziej uboga w słowa. Od ostatniego wpisu wydarzyło się trochę, ale nie na tyle, abym zmieniła swoją opłakaną sytuację, w której się znajduję; oczywiście na własne życzenie. Byłam na jednej rozmowie kwalifikacyjnej, w końcu udało mi się znaleźć godną ofertę w okolicy, ale nie oddzwonili. Złożyłam więc życiorys w odzieży używanej – nie zadzwonili, co wydaje się oczywiste, gdy spojrzy się na moje CV. Pewnie uznali, że moje wykształcenie i doświadczenie zawodowe za nic nie uczyni ze mnie dobrego pracownika w takim miejscu. Nie pomylili się zbytnio, choć liczyłam, że klimatyzacja mnie uratuje. Moją ostatnią szansą okazał się inny punkt odzieży używanej, gdzie ogłoszenie widziałam od kilku tygodni. Sprzedawca, tak, tego poszukiwali, co szybko okazało się nieprawdą. Przyjęli mnie z otwartymi ramionami, z dnia na dzień, na próbę. Lista zasad, jakie mi przedstawiono wydała się nierealna, ale jeśli chciałam zarobić, nie miałam wyjścia. Pierwszą rzeczą, jaką usłyszałam, było to, że osoby rezygnują po dniu próbnym, a nawet chyba uciekają, bo w trakcie przerwy można wyjść do sklepu, ale tylko osobiście (nie można złożyć zamówienia koleżance) i tylko z portfelem, zostawiając resztę rzeczy w miejscu pracy, bo wiadomo, po torebkę z zawartością wrócisz. Od razu zrozumiałam, że to praca na czarno, w której i tak nie zarobię dużo, ale każdy grosz jest lepszy niż puste kieszenie. Dopiero, gdyby udało mi się wykazać, dostałabym umowę o pracę, lecz na pół etatu. Oczywiście pracowałabym na cały, przez sześć dni w tygodniu, a po miesiącu mogłabym odebrać przysługujący dzień wolnego. Jako że praca na czarno, nie muszę tłumaczyć z czym to się wiąże – z udawaniem podczas ewentualnej kontroli, że nie jesteś pracownikiem, a jak jesteś, to i tak udajesz, że np. zapomniałaś wziąć odzież ochronną z domu, podczas gdy naprawdę taka nie istnieje. O byciu sprzedawczynią nie było nawet mowy, wydaje mi się, że to stanowisko dla osób uprzywilejowanych. Nie mogli dopuścić kogoś całkiem obcego do obracania pieniędzmi. Tak oto wylądowałam na magazynie pełnym kurzu i stosów ubrań, gdzie zamknięto na zawsze okna, bo z zewnątrz przysłonięte zostały banerem. Nie uciekłam pierwszego dnia, nie jestem z tych osób, które uciekają od czegokolwiek bez próby. Trafiłam na sympatyczną grupę młodych dziewczyn, więc szybko poczułam się komfortowo i z nadzieją pomyślałam, że ostatni kwartał roku zakończę całkiem pomyślnie. Pracowałam na magazynie przy metkowaniu, oczywiście pokłułam palce tym śmiesznym pistoletem zakończonym igłą. Jako osoba nowa, biegałam też z góry na dół, na sklep, gdzie porządkowałam pozrzucane z wieszaków ubrania i zamiatałam. Reszta wyciągała i układała lub wyceniała „ometkowane” już ubrania. Osiem godzin minęło szybko. Ogromnym plusem takiego zajęcia jest to, że odbywa się w regularnych godzinach i czasie, które pozwalają na swobodny dojazd transportem publicznym, a że monotonne i powtarzalne zajęcia pozwalają odciąć mi się od rozbieganych myśli, poczułam, że to jest to. Wróciłam do domu zmęczona jak jeszcze nigdy w całym swoim życiu. Nawet codzienna jedenastogodzinna praca w muzeum podczas sezonu nigdy nie wymęczyła mnie aż tak. Kolejny dzień minął jeszcze szybciej, a ja wróciłam jeszcze bardziej zmęczona, choć prawdą jest, że dzięki długim rowerowym wycieczkom podczas lata, moje nogi stały się mocniejsze i są w stanie utrzymać mnie dłużej w pionie. W niedzielę ból karku nie minął, ale po nocnym spotkaniu z przyjaciółką i długiej przejażdżce samochodem pełnej rozmów, życie wydało się lepsze i wstałam z optymistycznym nastawieniem do świata.  poniedziałek wysłali mnie na inny sklep, co nie stanowiło dla mnie różnicy. Nie wiem, czy miałam szczęście do ludzi, czy może nagle sama stałam się bardziej otwarta, ale odnalezienie się w kolejnej obcej grupie nie sprawiło mi trudności. Tego dnia trudność sprawiła mi za to inna rzecz. Normą jest wyciągnięcie trzech dużych worów – „big bagów”, które mieszczą w sobie ponad dziesięciokilogramowe worki, ale wiadomo, wszystko zależy od tego, co jest w nich upchane. Nie wiem, ile dokładnie mieści się ich w tym jednym worze, ale wiem, że taki wór musiał ważyć 160 kilogramów. Oczywiście normy przy przenoszeniu tych worków są przekraczane, bo kobiety pracujące na stałe w ten sposób, nie mogą dźwigać aż tyle, a przecież najpierw do tego wora trzeba było włożyć te spakowane ubrania, a potem je wyjąć i przenieść na stół, aby tam zająć się segregacją. Najlepsze jednak było to, że te 160 kilogramów musiała pokazać waga, więc trzeba było ciężki wór z magazynu przeciągnąć do pomieszczenia obok, a potem położyć go na wagę. Podczas przeciągania wór jeszcze nie mieścił w sobie tych 160 kilogramów; miał ich około stu, ale to nadal drastyczne przekroczenie normy, bo przy pracy stałej kobieta może podnosić 12 kilogramów, a zespołowo 20. Taki wór z magazynu ledwo ciągnęliśmy we dwie, a potem we dwie musiałyśmy unieść go na wagę i donieść resztę worków, aby wyświetliła się ta magiczna liczba. Tego dnia robiłam to aż pięć razy, w tym zaraz po przerwie na obiad i szczerze, myślałam, że zwymiotuję. Do tego segregowałam ubrania, układałam na kupki i jako ta nowa, co jakiś czas dbałam o porządek na sklepie. Wszystko w unoszących się pyłach kurzu, z których zdajesz sobie sprawę dopiero wtedy, gdy do pomieszczenia wpadają promienie słońca, albo chcesz oczyścić nos. Na warunki pracy nie wypłynął nawet fakt, że w przeciwieństwie do poprzedniego magazynu w tym otwierano okna. Smarkałam krwią i brudem. Szczypały mnie oczy. Pod koniec dnia piekący ból pleców był nie do zniesienia, co odbiło się na tym, że nie wyrobiłam normy, pracując wolniej, choć ani razu nie dałam po sobie poznać, że czuję się słabo i ani razu nie usiadłam, aby odpocząć (nie licząc przysługującej przerwy). Z pracy wyszłam z tak ogromnym bólem głowy, który nasiliła zmiana temperatur otoczenia i moja skłonność do bólu zatok, że do domu ledwo doszłam. Ugryzłam kawałek bułki, aby nie brać tabletki na pusty żołądek i w ciemności położyłam się w swoim pokoju. Miałam wrażenie, że zwymiotuję, zmarnuję lek i nic mi już nie pomoże. Jestem w stanie znieść wiele rodzajów bólu, nie raz się o tym przekonałam podczas różnych zabiegów czy badań, ale ból głowy to coś, co ścina mnie z nóg, zwłaszcza, że przy obecności szumów usznych, nigdy nie przebywam w kojącej ciszy. Po godzinie tabletka zaczęła działać, ból głowy a nawet pleców osłabł, odżyłam, choć może lepiej było zejść do innego świata. Spojrzałam na moje połamane paznokcie, każdy innej długości, na zasmarkaną krwią chusteczkę, pomyślałam o tym, że nawet, jeśli po tabletce poczułam się prawie jak nowo narodzona i mogłam nastawić się, że dam radę, to nie oszukam swojego ciała. Następnego dnia nie czekało mnie tam nic lepszego, nie mogłam być traktowana z taryfą ulgową tylko dlatego, że potrzebują pracowników. (Teraz nie dziwię się, że jest tam większa rotacja niż w innych miejscach pracy i że internetowe fora tak straszą.) Pomyślałam, że z każdym dniem plecy i oczy nie będą boleć mniej, a będzie wręcz odwrotnie; powietrze nie będzie lepszej jakości, nie będę dźwigać mniej, ani nie będę łykać mniej tabletek od bólu głowy. Nie po to człowiek idzie do pracy, aby tracić tam zdrowie i potem wydawać pieniądze na leczenie. W moim przypadku byłby to kolejny raz, bo jak na razie chodziłam do pracy głównie po to, aby mieć na leki. W odzieży używanej są łamane wszystkie przepisy BHP. Nie powiem, że jest tak wszędzie, bo nie chcę uogólniać, ale na pewno w sieci sklepów, w której się znalazłam, z pewnością tak jest, czyli w całym województwie. Nie jestem w stanie zrozumieć, jakim cudem pozostałe dziewczyny tam wytrzymują, a wiem, że to nie miesiące pracy, a lata. Albo są tak silne, co wydaje się nierealne, bo spotkałam niższe i szczuplejsze ode mnie istoty, a przecież moje 165 centymetrów i 52 kilogramy to nie tak dużo, albo ja jestem wyjątkowo słaba. Jeśli nie nadaję się do obsługi klienta, ani do pracy fizycznej, a tam gdzie chciałabym się dostać, nie mam szans, co w takim razie mam ze sobą zrobić? Wieczorem napisałam smsa do kierowniczki, że rezygnuję. Brak umowy pozwolił zrobić mi to od razu. Miałam realne podstawy, aby zrezygnować z tak nieludzkich warunków, a jednak nie pozwala mi to pozbyć się poczucia winy. Przegrałam swoją szansę na jakąkolwiek pracę; odzież używana była moją ostatnią deską ratunku w miejscu, w którym się znajduję. Czy za szybko się poddałam? Powinnam brać przykład z ciężko pracujących koreańskich idoli. Ten, kto choć trochę orientuje się w tym, jak działa tamtejszy show biznes i ilu trudnościom – zarówno psychicznym, jak i fizycznym – muszą stawić czoła naprawdę młode osoby, powinnam pójść obolała do pracy i dać z siebie wszystko aż do momentu, w którym bym nie zemdlała. Nie miałam prawa zrezygnować. Nie miałam prawa pozbawiać się tej szansy, a jednak pierwszy raz w życiu zwyczajnie odpuściłam, przede wszystkim sobie, nie tkwiąc w sytuacji, która była przede wszystkim nielegalna. Mimo to nie opuszcza mnie wrażenie, że niezależnie od tego, jakie usprawiedliwienie podam, nikt, kto nie pracował w takim miejscu, nie uwierzy mi, że było to ponad moje możliwości. Wszyscy wiemy, że ludzie mają różne granice wytrzymałości, ale tyle razy usłyszałam, że gdybym chciała pracować, to miałabym pracę, że teraz znowu mogę zostać tak zwyczajnie oceniona, choć nikt nie wie, że każdy dzień to dla mnie osobista walka o to, aby nadać sens swojemu oddechowi i odnaleźć się w życiu, którego nie chcę. Nic nigdy nie jest czarne albo białe. Nikt nie ma tak prostego i oczywistego życia i wiem, że każdy zmaga się ze swoimi największymi trudnościami w ciszy, bo przyznanie się do nich, to jak stanie nago przed osobami, dla których ta nagość jest niewygodna. Próbuję nie dopuścić do siebie tej oczywistej myśli, że gdyby mnie nie było, nie byłoby problemu, zarówno dla mnie, jak i dla innych, bo wbrew pozorom moje istnienie ma jeszcze jakieś oddziaływanie na otoczenie, choćby domowników. Jednak to prosta i logiczna myśl, jeśli przyjąć ją na chłodno, bez wiary, nadziei i miłości, gdyby mnie już nie było, zniknąłby problem.

Opublikowano personal | Otagowano | Skomentuj