947.

Czy ktoś pamięta moje zeszłoroczne letnie wpisy poza mną? Przeplatane były dziwną sytuacją, w której utknęłam (to ciągnie się dalej, ale trochę innym torem) oraz moim ubolewaniem nad szumami usznymi, które przekreśliły głośną rozrywkę. Moja bezradność była ogromna, a potem do niej przywykłam, a może bardziej do tego, co ją wywoływało. Ostatnie pół roku nie było łatwe, ale było lepsze niż poprzedni rok kalendarzowy. Za to ostatnie dwa miesiące po ludzku były wyczerpujące i jakże dobrym dniem był jedenasty sierpnia, najlepszym, nie wiem jak to się stało, że coś nierealnego nagle było rzeczywistością.
Ogłosili to całe K-Content Expo Central Europe, więc jedziemy, powiedziałyśmy sobie, i ten dzień stał się również dniem naszego pierwszego spotkania po dwunastu latach internetowej znajomości. Nasz kontakt wyglądał różnie, poznałyśmy się jako nastolatki, za naszych czasów komputery i internet to była jeszcze rzadkość. Moja babcia mieszkająca wtedy w Chicago zarabiała nielegalnie (bo po pewnym czasie wygasła jej wiza) dolary, za które mieliśmy jako jedni z pierwszych we wsi komputer. Trwała era czatów i gadu-gadu, ale my poznałyśmy się na blogu. Obie pisałyśmy, choć nie pamiętam, która znalazła którą. Internetowe znajomości mają to do siebie, że jesteśmy bardziej wylewni, kiedy nie widać naszych emocji wymalowanych na twarzy, więc przez te długie lata poznałyśmy się od drugiej strony, głębszej i gorszej, ale prawdziwej. Nie ważne, czy znamy swoje ulubione kolory czy tytuły filmów, ważnie, że znamy swoje najgorsze momenty i potrafimy się wspierać. Bywało tak, że milczałyśmy między sobą miesiącami, a może nawet latami i to nie zmieniło niczego, i nawet jeśli częściej z mojej winy nie dochodziło do spotkania, trudno wyobrazić mi sobie, że mogłybyśmy nie spotkać się nigdy, zwłaszcza, że obie mamy tendencje do przedwczesnego umierania. Ostatnie dwa lata pisałyśmy ze sobą codziennie, co brzmi abstrakcyjnie, a jednak tak było i można powiedzieć, że mimo innych znajomych przy boku, miałyśmy przede wszystkim siebie. Zawsze mamy tę jedną osobę, do której piszemy w pierwszej kolejności, gdy dzieje się coś złego i tak też było między nami. Po tych dwunastu latach nasze spotkanie wyglądało jak kolejna rozmowa na messengerze z tą różnicą, że twarzą w twarz. Zawsze miałam problem z przenoszenie znajomości ze świata wirtualnego do realnego, bo nie potrafię być sobą prawie przy nikim, więc zawsze moja internetowa rozgadana strona musiała zmierzać się z tą przygaszoną w towarzystwie. Z niejednego spotkania wracałam zła, bo nie potrafiłam wyrazić wszystkiego tak, jakbym chciała, ani opowiedzieć o tym, o czym chciałam dźwiękiem swojego głosu. Do tej pory bywam zła na niektóre wspomnienia, a przecież co było przepadło na zawsze i nie ma nad czym głupio ubolewać, ale tak, jestem głupia i szkoda mi, że mówię tak mało lub zapominam o wyznaniach. Tymczasem nasze spotkanie było czymś tak naturalnym dla mnie, że ani nie byłam zestresowana przed, ani w trakcie, ani wcale, byłam sobą, byłam szczęśliwa. Mam nadzieję, że nie widziałyśmy się jedyny raz na całe życie. Jak przykre są spotkania, gdy masz wrażenie, że możesz kogoś nie spotkać ponownie latami, o ile w ogóle. Czasem, gdy przemieszczam się transportem publicznym, przyglądam się ludziom i myślę, nie spojrzymy na siebie już nigdy, ale to obce twarze, więc jak strasznie jest myśleć, że nie zobaczysz drugi raz bliskiej osoby, a gdy nie zobaczysz jej drugi raz bliskość zniknie, bo rzeczywistość wchłania bezlitośnie.
Drugim ważnym momentem dnia był koncert, na który z punktu widzenia medycyny nie powinnam iść. O szumach usznych naczytałam się dużo, a powstałe w wyniku urazu akustycznego (w moim przypadku bez uszkodzenia samego ucha wewnętrznego) sprawiają, że najrozsądniej unikać przebywania w hałasie. Szumy uszne mają to do siebie, że są nieuleczalne (nadal liczę na cud), a dolegliwości mogą się pogłębiać. W moim przypadku wystarczy wysiłek fizyczny, aby stawały się głośniejsze. Zrezygnowałam więc ze wszystkich głośnych rozrywek, co nie przyszło mi łatwo, bo przy różnego rodzaju imprezach najłatwiej wpaść na dawno niewidzianych znajomych, ale przyzwyczaiłam się do kolejnej straty. Tym razem ogłosili to K-Expo i o ile w trakcie dnia można było wejść na halę i przeżyć dźwięki płynące z głośników (choć gdy puścili muzykę, myślałam, że umrę, tak huknęło), to późniejszy koncert na Torwarze do najcichszych nie mógł należeć. Mimo to zawalczyłam o darmowe bilety, które rozeszły się w dwie minuty, kupiłam specjalne koncertowe zatyczki do uszu i poszłam na koncert z koreańską muzyką. Nie ogłuchłam, ale mam wrażenie, że jest trochę gorzej, co przy “mam wrażenie” nie musi być prawdą i nie żałuję, że poszłam, nawet jeśli nie mogłam pozostać do końca.
Dzień był upalny, w łazienkach można było poczuć się jak w saunie, a w kolejce do wejścia opalić. Nigdy nie znosiłam tak dobrze wysokich temperatur jak tegorocznego lata, pewnie dlatego że od zawsze miałam anemię, a teraz jej nie mam. Nie będę oceniać całej imprezy, ani rozpisywać się o wszystkim szczegółowo (znalazłam tutaj vlog, gdyby ktoś był zainteresowany tym jak to wyglądało), ale przyznam, że jak na pierwsze tego typu wydarzenie było fantastycznie, tylko ten pomysł z odbieraniem biletów przy kasie, a nie przez internet sprawił, że ludzie zamiast korzystać z atrakcji, cały dzień stali (umierali od gorąca) w kolejce. Z racji tego, że wybrałyśmy z koleżanką trybuny i chciałyśmy siedzieć dalej od sceny (ze względu na mój słuch), nie musiałyśmy ani długo stać ani w kolejce po odbiór biletów, ani tej prowadzącej już na sam koncert. Siedzieliśmy więc na krawężniku chodnika w cieniu drzewa i to śmieszne, że ludzie uparcie stali w kolejce, a nas mijały wszystkie busy przywiążecie zespoły. Tylko szkoda, że miały przyciemniane szyby, ale wynajęty pan kierowca uśmiechał się do nas przyjaźnie. Obok nas swój samochód miała zaparkowana ekipa koreańskiej telewizji, ale do tej pory nie znalazłam żadnego oficjalnego materiału z imprezy. Nie wiem, czy pan usiadł obok mnie, bo na serio był zmęczony upałem, czy jednak aby uchwycić mnie na zdjęciu, które nagle zaczął robić mu kolega. Gdy pracowałam w muzeum Azjaci robili mi zdjęcia, pewnie z powodu jasnych włosów i oczu, bo nie z powodu powalającej urody i aż przeraża mnie myśl, że ktoś obcy nosi mnie w swoim telefonie, ale tak to jest, gdy jest się miłym. Najlepsze jest jednak to, że nigdy nie słucham Parc Jae Junga i jakoś nie miałam głowy do tego, aby mu się przypatrzeć w domu przed wydarzeniem. Koło nas kręciło się mnóstwo ludzi z różnymi plakietkami, ale ci z napisem “artist” nie wyglądali ani trochę znajomo, a już nie na pewno kobiety, bo wykonawca żeński miał być tylko jeden – znany mi zespół, więc pomyślałam, że reszta “artystów” to po prostu osoby z ekipy. Nie ma to jak po czasie ogarnąć, że na wyciągnięcie ręki przechodził znany wokalista w garniturze. Już po tym garniturze można było domyślić się, że to ktoś znany.  Nie wiem czemu nie nagrywałam i czemu nigdy nie robię vlogów, choć mam kamerę, ale cóż, dziewczyny obok poprosiły go o zdjęcie, ale się nie zgodził;  oni rzadko się godzą.
Po całym wydarzeniu znalazłam się w mieście oddalonym o trzydzieści kilometrów od mojego domu. Po północy nie ma żadnego transportu publicznego, który pozwoliłby mi dostać się pod domu, więc czekała mnie noc pod rozgwieżdżonym niebem, ale nie mogłam zostać na żadnym z dworców, bo znajdują się najbardziej niebezpiecznych dzielnicach miasta. Słońce za dnia nagrzało ulice, więc było ciepło, ale i sama nocna temperatura była wyjątkowo wysoka, ponad dwadzieścia stopni, więc trafiłam idealnie. Musiałam spacerować, aby nie zasnąć po ekscytującym, ale i męczącym dniu, więc trafiłam na taras widokowy galerii handlowej, ale o pierwszej ochrona mnie z niego zgoniła, bo zamykali, a byłam uradowana, że znalazłam bezpieczne miejsce do przenocowania. Ruszyłam więc dalej. W letnie gorące noce miasta nie śpią. Miasta nie śpią w ogóle, każde na pewno posiada wyznaczony obszar bezsenności, ale latem nie śpią jeszcze bardziej. Mijałam różnych ludzi, imprezowiczów, rowerzystów, pijanych, taksówkarzy, wracających z pracy, bezdomnych, ale nikt mnie nie zaczepił, choć raz myślałam, że toczący się chodnikiem po drugiej stronie facet przekroczy ulice i zacznie za mną biec, bo wyraźnie mnie wołał, ale ta myśl była bezsensowna, bo jego stan nie pozwoliłby mu na dogonienie nawet tak słabej sprinterki ja jak. Udałam się pod kościół, właściwie to był mój cel od początku. Nawet nie pociągnęłam za klamkę, aby sprawdzić, czy może jest otwarty. Usiadłam na schodkach przy kolumnie i siedziałam. Nie mogłam połączyć się z żadnym wifi w mieście, ani na dworcu, ani przy galerii (mój stary tel. łączy się tylko tak z internetem, transmisji danych nie da się włączyć), a pod kościołem działał idealnie i nie mam pojęcia, czyja to była otwarta sieć, ale Bóg nade mną czuwa. Nie dość, że bezpiecznie spędziłam noc “pod Jego domem”, to na dodatek postarał się, abym nie zasnęła. Nawet było mi głupio tak siedzieć przed świątynią z telefonem, ale musiałam się czymś zająć. Zabawne, że kościół to bezpieczne miejsce, nikt nawet nie spojrzał w jego stronę, gdy tam siedziałam, więc nie widział i mnie. Prawie nikt, tylko ta jedna dziewczyna wracająca z grupą znajomych z imprezy (wyglądali na ludzi po procentach), która wskazując na budowlę rzekła: “Bóg na nas patrzy”, co raczej miało być żartem niż stwierdzeniem prawdy, bo powiedziała to tak, jakby Bóg dla niej naprawdę nie istniał, a może istniał, tylko tej nocy wydawała się tak odległy. Po pięciu godzinach odjechałam z dworca do kolejnego miasta, a stamtąd po ponad godzinie oczekiwania pod dom. (Zeszło długo, bo w sobotę busy jeżdżą rzadko.)
Wiecie, jest coś dziwnego w takim nocnym siedzeniu w oczekiwaniu na poranek. Masz wrażenie, że życie jest dobre i to wszystkie trudne sytuacje da się jeszcze poukładać, że siebie zdołasz jeszcze poukładać, a potem nastaje poranek i słońce oślepia cię swoim blaskiem i znowu nikt nie odpisuje na twoje wiadomości, ani znajomi, ani potencjalni pracodawcy i jest po prostu nijak.
Opublikowano personal | Otagowano , | Skomentuj

946.

Czekaliście kiedyś na coś dwanaście lat? A właściwie to nie czekaliście, bo przestaliście czekać po paru latach, choć mieliście nadzieję, że może jednak kiedyś nastanie ten dzień. Boję się o tym pisać, bo jeszcze dwa długie dni przede mną, aby trzeciego stwierdzić ze łzami w oczach, że w końcu się udało, ale co jeśli nie uda się jak kilka miesięcy temu, jak kilka lat temu, co jeśli… Tym razem też nie potrafię być optymistką. Ludzie, którym mało co udaje się na czas, którzy nieustannie muszą czekać, odpychać od siebie uczucie radości, aby znowu nie zostać oblanym zimnym kubłem wody i nie czuć gorzkiego smaku rozczarowania, po pewnym czasie nie potrafią być optymistami. Mimo to snuję ten wpis i próbuję się nie cieszyć za wcześnie i chyba nie cieszę się jeszcze, bo jestem dziwnie spokojna, a może bardziej senna, bo jest po dwudziestej trzeciej, a mi ciążą lekko powieki. Nie wierzę, że po tych wielu latach internetowej znajomości w końcu się zobaczymy, więc może dlatego cel ciągle wydaje się tak odległy. Nie mam żadnych wyobrażeń, bo w pewnym momencie przestajesz wyobrażać sobie drugą osobę, kiedy jest ona w twojej rzeczywistości od tysięcy dni. To dziwne, znać kogoś tak dobrze, a jednak nigdy nie dzielić z tą osobą bezpośrednio rzeczywistości. Moje życie jest dziwne, zawsze tak o tym myślę, zawsze nie mogę zrozumieć, czemu toczy się tak, a nie inaczej i teraz też chciałabym .zrozumieć, czemu musiałam tyle czekać, ale ostatecznie to nieważne, najważniejsze, że nareszcie się uda. Uda się, prawda?

Opublikowano personal | Otagowano | Skomentuj