958.

Myślę sobie, może napiszę coś jeszcze zanim zamieszczę podsumowanie roku, które mogłyby okazać się podsumowaniem mojego życia, abym mogłabym odejść na wieki, żeby stać się smutnym duchem nie mającym nawet siły nękać ludzi, ale wiem, że tak się nie stanie i jeszcze bardziej się spinam, bo nie potrafię tak po prostu umrzeć. Noszę w sobie naiwne pragnienie zaśnięcia na wieki, bo choć radość sprawia mi tak wiele rzeczy, nawet tak drobnych, że to niepojęte umierać z radości na widok jednego zdjęcia lub smaku ulubionej herbaty, a jednak ta radość wydaje się pusta i nic nie znacząca, bo trwa krótko, przez co musi być ciągle uzupełniana. Myślę sobie, może coś napiszę, nieustannie kręci mi się w głowie mnóstwo myśli, ale jak już piszę, właśnie teraz, to ogarnia mnie strach, że moja uporządkowana rzeczywistość, wypełniona nawet sensownymi zajęciami, to tylko ucieczka przed ciosem, który powali mnie znowu na kolana. W końcu kładę się spać o przyzwoitej porze, wstaję nie za późno, czasem pójdę na roraty, codziennie ćwiczę, jem mniej, nadal oglądam dużo koreańskich programów rozrywkowych, dzięki czemu ciągle chodzę uśmiechnięta, przeglądam ogłoszenia o pracę, choć wiem, że w ten sposób nie znajdę tutaj pracy, ale robię to, aby nie zarzucić sobie, że siedzę bezczynnie. Robię te wszystkie rzeczy tylko po to, aby oszukać się, że jeszcze żyję jak normalny przeciętny mieszkaniec tego kraju i właściwie nic mi nie dolega, ani bezrobocie, ani brak życia towarzyskiego, ani pozamykane w klatkach na cztery spusty uczucia, które tłuką się jak szalone, bo chcą stamtąd wyjść, a może tak mi się tylko wydaje, bo czasem mam wrażenie, że jeśli nie nakarmię się emocjami innych, nie czuję nic. Trudno mi rozgryźć siebie samą, choć łatwo mi określić, czego chcę, a czego nie chcę. Pewnie fakt, że mam to czego nie chcę i chcę to, czego nie mogę mieć lub nie potrafię tego zdobyć, sprawia, że jestem strasznie rozbita. Wtedy próbuję uświadomić sobie, że to czego chcę może nie być tym, co będzie dla mnie dobre, a to czego nie chcę, może okazać się cenną lekcją. Zamykam oczy w poniedziałkową noc, a otwieram w niedzielny poranek. Oczywiście to nieprawda, a jednak takie mam wrażenie. Dni pędzą tak szybko, a moja sytuacja pozostaje bez zmian, że nie wiem już, co myśleć o sobie i swoim życiu. Jedyny postęp to moje nastawienie i trzymanie się kupy, czyli nie panikowanie, nie ryczenie w poduszkę i nie stresowanie się, gdy nie dzieje mi się realna krzywda, choć fakt, że przez cały tydzień nie udało mi się dodać jednego ogłoszenia, więcej, napisać go do końca, uświadamia mi, że uciekam od rzeczy trudnych. Całe życie to robię. Nie ma sensu zaprzeczać temu odkryciu. Uciekam od rzeczy trudnych, jeśli nie muszę ich robić, prawdopodobnie dlatego, że za długo tkwiłam w trudnych sytuacjach, które prowadziły mnie na skraj załamania, co w konsekwencji sprawia, że teraz nie chcę stawiać czoła niczemu, bo wydaje mi się, że nie dam już rady albo wpakuję się w kolejną przygniatającą sytuację. Oczywiście bez spróbowania nie dowiem się, czy dam radę. Jednak należę do podobno tych mądrych osób, które uświadamiają sobie, że pewne wybory pociągają za sobą określone konsekwencje, a skoro konsekwencje mogę też dotyczyć innych osób, tym pewniejsze jest moje wycofanie. Nawet nie wiecie, ile raz patrzyłam jak bliskie mi osoby ranią siebie i innych swoimi wyborami, i nawet jeśli mieli świadomość jakie to niesie konsekwencje, nadal w to brnęli. Były to najsmutniejsze historie, które słyszałam i nawet teraz widzę, jakie echo odbija się od tamtych decyzji. Oczywiście sama wybierałam nie raz źle, ale jest jedna decyzja, która odróżnia mnie od wszystkich moich znajomych, jedna jedyna, która sprawia, że wygrywam chociaż “świętość” w tej dziedzinie życia. Myślę sobie, może coś napiszę, i tak piszę i piszę, a przestać nie mogę, choć nie wiem, czy napisałam prawdę czy same bzdury. Gdybym w trakcie pisania nie miała dodatkowego bodźca jakim jest youtube, który resetuje moje negatywne myśli, ten wpis by nie powstał. Czemu? Gdy zaczynałam pierwsze zdanie, już dopadało mnie wrażenie, że wariuję wraz z tym jak docierało do mnie, w jakiej sytuacji jestem i że tak będzie już zawsze, skoro po raz trzeci w przeciągu trzech lat przerabiam ten sam okropny scenariusz. Może obawiam się wielu rzeczy, ale poza swoją bezużytecznością, która cały czas mówi mi, że moje życie nie ma najmniejszego sensu, bo nawet jak coś robię to przecież nie robię nic, ani dla siebie, ani dla innych, obawiam się tego, że przestanę wierzyć w Boga, bo coś przygniecie mnie tak bardzo. Nie wyobrażam sobie siebie jako osoby niewierzącej, choć też nie uważam się za osobę o silnej wierze. Czasem zastanawiam się, co musiałby się wydarzyć, abym utraciła wiarę. Co by się stało, gdyby Boga nie było, gdybym nie składała codziennie rąk do modlitwy, gdyby nie istniała Wyższa Siła, która nadaje sens światu, nawet jeśli mój prosty rozum tego nie dostrzega. Pewnie niektórzy stwierdziliby, że zyskałabym wolność i wyzwoliła się od zabobonów. Może tak, może nie. Wiecie, co bym zrobiło, gdyby utraciła punkt odniesienia mojego życia, moich zasad, moich działań i myśli? Jak myślicie, co bym zrobiła, gdyby Boga nie było?

Opublikowano personal | Otagowano , | Skomentuj

957.

To takie głupie, że jedno i to samo wydarzenie z czasem nabiera odmiennego znaczenia. Pamiętam ten moment, który miał być zapowiedzią dobrej przyszłość. Miałam nadzieję, Boże, miałam nadzieję, te słowa brzmią tak nierealnie z moich ust, ale miałam nadzieję.  Kto by pomyślał, że każdy kolejny miesiąc będzie utwierdzał mnie w przekonaniu, że podjęłam jedną z najgorszych decyzji w swoim życiu. Nie mogę wyjść z podziwu jak bardzo się pomyliłam, nigdy nie pomyliłam się tak bardzo, bo nigdy nie uwierzyłam tak bardzo, że mogę coś zmienić tak drastycznie. Ile miesięcy przyjdzie mi jeszcze płacić za jeden błędny ruch? Myślę, że bieżący rok okazał się równie ciężki jak siedem ostatnich lat. Trudno mi uwierzyć, że grudzień przyniesie zmiany na lepsze. Myślę, że może być tylko gorzej, patrząc na to, że od zawsze w grudniu wszystko chrzaniło się najbardziej, a święta to dla mnie tak stresujący czas, że mam ochotę ukryć się gdzieś pośrodku lasu i wrócić jak będzie po wszystkim. Dzisiaj okazało się, znowu zresztą, że bez znajomości nie możesz mieć nic, nawet czegoś tak marnego jak staż za gówniane pieniądze, bo ogłoszenia zamieszczane przez podobno poważne instytucje publiczne, są przeznaczone dla wybranych, czytaj znajomych pracujących tam ludzi. Czemu więc ogłoszenia pojawiają się na stronach? Aby zmylić takich naiwnych ludzi jak ja. Grudzień powinien być czasem nadziei, tymczasem nie opuszcza mnie wrażenie, że w grudniu skończy się wszystko, bo nie zniosę siebie w styczniu z wisielczym nastrojem, podwyższonym poziomem stresu i słusznym przekonaniem, że jestem bezużytecznym dorosłym dzieckiem na utrzymaniu już nie wiadomo czyim. Czasem wracam do domu, bo jeszcze zdarza mi się wychodzić z domu, i przypływa do mnie ta myśl, że wtedy musiałam być kimś innym, skoro zdecydowałam się podjąć taką a nie inną decyzję. Uderza mnie ten moment, bo pamiętam swoją reakcję, pamiętam jak prawie rozpłakałam się z radości, bo uzyskałam coś, czego nikt wcześniej nie otrzymał, a potem, Boże, powinnam tam zostać, nie straciłabym nic, a na pewno nie tak wiele, a tak, straciłam wszystko, na czym mi zależało. Jak to możliwe, że tamta radość tak naprawdę była tylko żałosnym śmiechem.

Opublikowano personal | Skomentuj